Strona główna

wtorek, 6 listopada 2012

O Marlena, straciłaś przyjaciela. Catrice Hollywood Fabulous 40ties Velvet Lip Colour | szminka

Catrice Hollywood Fabulous 40ties wzbudziła wiele emocji, przede wszystkim tych pozytywnych. Jak już wszyscy wiemy, przodowniczką w nakręcaniu nas na tę limitkę stała się Dzolls, która postawiła podnośnik w centrum Wszechświata i uczyniła go przedmiotem bez którego dalsze życie nie ma sensu. Ja oprócz kredki bardzo wyczekiwałam szminki w odcieniu Marlene's Favourite, która miała mieć taką samą formułę jak moja ukochana z Revoltaire. No właśnie, miała mieć...



Ze mną nie jest łatwo, mając swój ideał porównuję i będę porównywać obecny stan rzeczy do tego właśnie ideału. Szczególnie, że ten ideał w postaci szminki Colour Bomb istnieje (czego nie można powiedzieć o innych ideałach), więc nie możecie mnie nazywać niepoprawną marzycielką (tym razem).

OK, let's do this.


Opakowanie wygląda na całkiem solidnie, póki co nie próbowałam przejeżdżać nim monster truckiem, więc nie mogę być tego taka pewna. Poza tym ma w sobie to coś, co lubię- jest ciężkie. Nie lubię lekkiego plastiku, dlatego nie przepadam w tym względzie za pomadkami Essence. Choć gdyby Colour Bomb była w kartonie to nawet bym nie narzekała ;). Jednak w jej przypadku właściwie nie ma na co narzekać- szczerze mówiąc bardziej mi się podoba opakowanie Revoltaire- srebro z matowym motywem daje ciekawy efekt. Niemniej nie chcę tak bardzo jej faworyzować i powiem, że nie wydaje się być tak wytrzymała jak Hollywood Fabulous, ale póki samoczynnie się nie otwiera wcale mi to nie przeszkadza.


Velvet Lip Colour 03 Marlene's Favourite            Velvet Matt Lip Colour 01 Colour Bomb

Ja wiem, że nie można się zbytnio sugerować zdjęciami promocyjnymi, które lubią odbiegać od rzeczywistości, ale Marlene's Favourite mnie na początku rozczarowała, bo zamiast wymarzonego koralu okazał się być zgaszonym różem. Nazwijcie to jak chcecie (typu zakupoholizm sięgnął zenitu), w końcu ją wzięłam (bo dziewczyny na Wizażu...) i z biegiem czasu zaczęłam ją coraz bardziej doceniać. Raz, że stawia kropkę nad "i" niewymuszonej elegancji, ponadto świetnie pasuje do całej limitki, a przy tym nie jest żadnym odcieniem czerwieni (nie to, żebym nie lubiła) i co więcej podkreśla usta, ale nie wysuwa ich na pierwszy plan. Niestety nie wygląda tak soczyście jako Colour Bomb (która u mnie nie rzuca się tak bardzo w oczy), ale gdzieżby tam przyrównywać niebo do ziemi. Jak dla mnie Colour Bomb, nie przesadzam, pasuje do wszystkiego, zawsze mi poprawia humor, nawet w deszczowy poranek i dzięki niej moja twarz ożywa mimo zmęczenia albo małej ilości snu.

Marlene's Favourite z Hollywood Fabulous 40ties

Colour Bomb z Revoltaire
Marlene's Favourite | Colour Bomb

Colour Bomb | Marlene's Favourite

Największą wadą szminki z Hollywood Fabulous 40ties jest jej konsystencja. Oto pierwsza pomadka, która mi się najzwyczajniej w świecie zważyła. Potem trochę ją oswoiłam, niekiedy się ważyła i tak ma okresowe fochy do dzisiaj. Czasami jest gorzej, czasem lepiej, jak jest gorzej to po prostu ją wklepuję. Ogromna szkoda, że nie powtórzyli tej konsystencji z Revoltaire, bo tamta to po prostu mistrzostwo. Nic dodać, nic ująć- nigdy bym nie pomyślałam, że matowa szminka może być tak przyjemna! Jednak kiedyś zastanawiając się nad sensem życia doszłam do wniosku, że Marlenka to taka zimowa, cięższa wersja szminki rewolterowej, tylko po prostu głupio głupio zrobili, że nazwali je tak samo. Może to było celowe, żeby takie jak ja napaliły się na formułę Velvet Lip Colour?

Macie którąś ze szminek?


czwartek, 1 listopada 2012

Essence Fantasia

Nadeszła chwila na pstrąga z grila oficjalną zapowiedź Fantasii, która moim zdaniem podtrzymuje pomyślną passę jeżeli chodzi o ciekawość limitek. Znowu idealnie wpasowuje się w okres, kiedy ma być wypuszczona, czyli grudzień. Mnie kojarzy się z bajkami opowiadanymi przy kominku w czasie świąt i aurą tajemniczości lasów będących częścią opowiadań dla najmłodszych. W końcu kto nie chce choć na chwilę przenieść się do czasów dzieciństwa? Zapraszam do oglądania :).


Fantasia


Eyeshadows | cienie


01 Elves Like Lilac 02 Not Ivory But Ebony 03 Have You Seen My Unicorn?

Mettalic liners | kredki



01 Not Ivory But Ebony 02 Elves Like Lilac

Lip Lacquers | Lakiery do ust

01 Queen of My Cloud Castle 02 Take a Ride on Pegasus

Multi Colour Highlighter | Rozświetlacz

01 Elf Yourself

Nail polishes | lakiery do paznokci


01 Elves Like Lilac 02 Queen of My Cloud Castle 03 Take a Ride on Pegasus 04 Have You Seen My Ynicorn? 


Eye jewels | kryształki do ozdoby oczu

01 Sparkling Like a Fairy


Oczywiście pierwsze, co przykuło moją uwagę to rozświetlacz (który swoją drogą przypomina mi ten odstęny kiedyś w Pepco za jakieś śmieszne pieniądze). Ostatnio mówiłam, że na razie wystarcza mi ten z WC, ale jednak smutno mu tam samemu ;). W drugiej kolejności wpadły mi w oko kredki, które mają po prostu cudowne kolory i jeżeli będą przypominać te z Crazy About Colour to będę polować na obydwie. Również lakier do ust ma bardzo ładny kolor (Queen of My Cloud Castle), ale nie przepadam za błyszczykopodbnymi. Cienie nie specjalnie mnie zainteresowały, podobnie większość lakierów, których barwy są owszem piękne, ale nie podoba mi się wykończenie i kryształki. Niemniej jednak ta limitowanka ma parę mocnych punktów i dlatego nie obraziłabym się, gdyby była w Polsce.

środa, 31 października 2012

Cień jak co dzień. Essence Wild Craft eyeshadow | cień

Jak co dzień, czyli odpowiednio rozemłany jest szary i bury. Jednak gdy trochę nad nim popracujemy jest cudowny- mieniąc się, odkrywa wiele barw.
I tym niewyszukanym przyrównaniem życia do kosmetyku chciałam Was powitać w kolejnej notce.
Dzisiaj będzie o rzeczy, która najbardziej mnie zachwyciła w WC.

To teraz, jak już niewtajemniczeni w pośpiechu odnaleźli krzyżyk w prawym górnym rogu nie chcąc marnować czasu na czytanie o spłuczce czy nowym dizajnie toalet, mogę przystąpić do opisywania wrażeń z pierwszych użyć cienia Wild Craft w kolorze Mystic Lilac.


Jak niektóre z Was może pamiętają, w zapowiedziach był on jednym z produktów, który zwrócił uwagę. Potem swatche bombardujące moją biedną psychikę (albo moje biedne nerwy jak u pani Bennet :D) jeszcze bardziej ostrzyły apetet by na wieść o dostępności Wild Craft w Naturach zrobiły ze mnie maratończyka (przy tym trzeba nadmienić, że nie jestem dobra w te klocki związane z ruszaniem rąk, nóg, głowy właściwie też). No bo jak szanująca się Essence'omaniaczka miałaby zareagować na wieść o cieniu z Essence, który jest mocno napigmentowany i kosztuje zaledwie 7, 99zł?



Zostałam więc względnie szczęśliwą posiadaczką mistycznej lilii (lemony brzmiało lepiej). Nie zawiodłam się. Od razu zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, bo tłoczenie nie zdematerializowało się od razu (tak, zwracam uwagę na takie głupoty). Opakowanie również wydaje się porządne, przez zamianę przezroczystego plastiku na czarny nie wygląda na swoją cenę ;).


Potem doszły następne wrażenia sensoryczne. Konsystencja jest po prostu idealna- wilgotnawa, sprawia wrażenie dużej przyczepności (więc nie zamienia się magicznie w mąkę przy nakładaniu go na powiekę) i dzięki niej cień się nie osypuje. Malowanie się nim to sama przyjemność :D.



Lepiej jest jeszcze po pomalowaniu, bo ten kolor świetnie podkreśla oczy i podbija zieleń w tęczówce. Można nim uzyskać zarówno dzienny jak i wieczorowy efekt (wychodzi świetne smokey). Co do trwałości nie mam pewności (sama nie czuję jak rymuję), bo póki co nakładałam ten cień tylko na bazę i tutaj nie mam żadnych zastrzeżeń (a baza jest dosyć słaba, więc nie jest to z pewnością tylko jej zasługa).


Bonus ;)


To chyba będzie najczęściej używany przeze mnie cień tej jesieni :)

niedziela, 28 października 2012

Oh so sweet...

... blog award :).
Witam Was z ten zimowy październikowy poranek (mam nadzieję) miłym akcentem. Zdaję sobie sprawę, że ten miły akcent ekhm... nie pierwszej świeżości, jednak liczę, że nie odbierze to w żaden sposób zadowoleniu towarzyszącym odebraniu muffinki :).


Zabawa pochodzi z tradycji zachodnich blogów, gdzie bloggerzy przesyłają sobie kolorowe znaczki w ramach uznania. Służy to głównie poprawieniu nastroju, pokazaniu, że dany blog wybitnie nam się podoba, miłym geście w kierunku innych bloggerów, a także popularyzacji ciekawych blogów, moim zdaniem bardzo miła inicjatywa. Osoba nominowana przez kogoś, ma za zadanie, wybrać 5, 10, lub 15 blogów, które wg niej zasłużyły na nominację, zamieścić je w podobnym temu poście i poinformować nominowanych.
 Zostałam nominowana przez aż dwie osoby- Pink Caster Sugar i The Wonderful Pinkness, choć szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że i do mnie dotrze ten pastelowy order. Oczywiście dziewczynom bardzo dziękuję, niezmiernie cieszę się, że ktoś ma siłę czytać moje wypociny, a nawet je komentować!

Nie pozostaję zatem dłużna i cyfrowe kalorie przekazuję (kolejność alfabetyczna):
Barwom wojennym- źródłu wiedzy o nowinkach kosmetycznych
Czasami kosmetycznie, czyli mojemu wielkiemu autorytetowi w dziedzinie blogowego pisania- słowa kształtowane przez nią są plastyczne niczym plastelina, podczas gdy ja pisząc tekst łupię w kamieniu
Glitter and flowers in my head! za mnóstwo swatchy i insporacji paznokciowych
Kosme-tiki(om?)- pierwszy blog, który obserwowałam regularnie nie będąc wtajemniczona w bloggerowo-urodowy świat, zawsze doceniałam (a teraz i trochę zazdroszczę) estetykę, piękne makijaże i talent plastyczny
Mademoiselle u siebie- ogromnie cenię różnorodność tematów tego bloga
Madzi miziającym mazidłom prowadzonego przez przesympatyczną Madzię (suprajs, suprajs) blog po prostu napawa mnie optymizmem (ja też nie wiem czemu)
Miszmaszowi, gdzie dziwnym trafem znajduję recenzję tego, co potrzebuję
Pink Caster Sugar za wszystkie wieści o promocjach- zawsze od niej pierwszej dowiaduje się jak można kupić coś taniej i gdzie pędzić do sklepu, a poza tym pisze też o rzeczach nieurodowych- dzięki temu dowiedziałam się np. o błyszczącym syropie do lodów :)
Siempre la belleza, czyli  blog, którego tutaj nie mogło tutaj zabraknąć. Trudno nie cenić Siempre za rzeczowe notki, ogarnianie laików w sprawach zróbsobiexyzowych, piękne włosy, nowinki zamiedzowe i oczywiście za samą osobę
Wszystko co mnie zachwyca- mam nadzieję, że lele nie obrazi się jak nazwę ją boginią gotowania, bo jej przepisy są świetne! W dodatku jej usta potrafią zachęcić do zakupu każdej szminki ;)
a Piece of Moris dostanie jak wróci

Miłej niedzieli, ubierzcie ciepłe skarpety :). Ja już tylko czekam, aż w telewizji pojawi się świąteczna reklama Coca-coli

środa, 24 października 2012

Błotniaczek. Essence Wild Craft nail polish | lakier do paznokci

Nie jest żadną tajemnicą, że wśród wszystkich kolorów tęczy to właśnie pastele najczęściej goszczą na paznokciach. Jednak kiedy nadchodzi ta niecna pora roku obfitująca w depresje, deszcze i ogólną niechęć do świata to człowieka zaczyna drażnić nawet optymistyczny kolor na paznokciach i ma świetną wymówkę, żeby sobie kupić setny lakier, bo żaden z kolekcji nie podkreśla dobitnie jego nastroju.
Tym złożonym zdaniem zapraszam Was do obejrzenia swatchy lakieru Out of the forest o kolorze jesiennego błota.

Co do samego produktu trudno mi sformułować obiektywną opinię, więc dzieiejsze "kilka" słów będzie bazować na pierwszych wrażeniach. Z pewnością nie jest to najlepszą emalia, jaką malowałam paznokcie, ale tragedii nie ma. Jest okropnie gęsty, a źle przecięty pędzelek jeszcze potęguje efekt. No chyba, że w zamyśle producenta było stworzenie efektu kory, którą imituje tłoczenie na cieniach i rozświetlaczu. W tym przypadku jestem kiepskim wyznacznikiem modowym, bo wolę jak moje paznokcie są gładkie. Lakier nie grzeszy też trwałością- drugiego dnia mam już całkiem pokaźne odpryski i zauważalne przetarcia (szczególnie jak nałoży się jedną warstwę). Szczerze nie znoszę jak lakier schnie wiekami, na szczęście ten dosyć szybko staje się twardy, mimo nałożonych trzech warstw i gęstej konsystencji. Na plus zaliczam również kolor- mając wprawę i przyzwoity lakier nawierzchniowy można uzyskać mleczną czekoladę z zielonymi podtonami albo jak na moich swatchach- po prostu błotko. Także jego grzechy są odpuszczone :D.





poniedziałek, 22 października 2012

Miedzymiastowa po raz drugi i nie tylko. Catrice Big City Life i SpectaculART

Korzystając z odrobiny wolnego czasu, chcę nadrobić zaległości w zapowiedziach catrice'owych i jak mi się uda napisać jeszcze parę słów o najnowszych limitkach aktualnie dostępnych w Polsce (mam nadzieję, że pogoda będzie sprzyjać zrobieniu zdjęć). Narazie powiem Wam, że się obkupiłam i bardzo się cieszę, że następne twory Cosnovy nie wyglądają dla mnie szczególnie zachęcająco.


Big City Life
Listopad 2012

The Paris Collection


The San Francisco Collection



The Shanghai Collection

Kiedy mi mignęło hasło Big City Life ucieszyłam się na wieść o nowej edycji paletek i lakierów. Cóż, nieco się rozczarowałam zarówno doborem miast (pamiętacie jak w zeszłym roku cieszyłam się z braku szablonowego Paryża?) jak i kolorystyki cieni. Nie mówię, że brązy i szarości z berlińskiej paletki to wyżyny kolorystycznego szaleństwa, ale ile można powtarzać to samo? Wyjątek tu stanowi San Francisco, który wyróżnia się akcentem w postaci morskiego cienia i lakieru do paznokci. Dla bacznego obserwatora musi to stanowić świetną grę kolorystyczną jak ktoś jest tak pomalowany (w sensie makijażu i paznokci). Pozytywnie zaskoczyły mnie też róże, które na przykład berlińskiej paletce stanowiły piętę achillesową (pudrowy różowy, którego nie widać i miedziany pseudobrązer), za to tutaj każda z kolekcji jest pod tym względem piękna (szczególnie fiolet i koral w San Francisco!). Gdyby ta limitka była dostepna w Polsce zastanawiałabym się nad kompletem SF, choć kolory w dużej części pokrywają się z zeszłorocznymi.

SpectaculART
listopad i grudzień 2012

Rozświetlacz | Highlighting Powder

Highlighting Powder 01 Artfully Lustrous
01 Artfully Lustrous

Róż w musie | Blush Mousse

01 Holi Hai

Cienie | Pure Chrome

Pure Chrome 01 So PreciousPure Chrome 02 Bombay Bauble
01 So Precious 02 Bombay Bauble 
Pure Chrome 03 Treasure ItPure Chrome 04 Artfully Lustrous
03 Treasure It 04 Artfully Lustrous

Eyeliner | Superfine Eyeliner Pen

Superfine Eyeliner Pen 01 Black Bindi
01 Black Bindi


Szminki | Sheer Lip Colour

Sheer Lip Colour 01  Artfully Lustrous      Sheer Lip Colour 02 Revel The Red      Sheer Lip Colour 03 Soulful
01 Artfully Lustrous 02 Revel The Red 03 Soulful

Lakiery | Ultimate Nail Lacquer

Ultimate Nail Lacquer 01 Artfully Lustrous      Ultimate Nail Lacquer 02 Holi Hai      Ultimate Nail Lacquer 03 Revel The Red      Ultimate Nail Lacquer 04 Soulful
01 Artfully Lustrous 02 Holi Hai 03 Revel The Red 04 Soulful

Lakier nawierzchniowy | Gold Leaf Topcoat

Gold Leaf Topcoat

Kępki rzęs | Lashes To Impress

Lashes To Impress

Limitka idealnie wspasowująca się w klimat świąt, a przy tym niekiczowata, co wcale nie jest tak łatwym zadaniem. To stonowanie (może na skutek zderzenia się tych wielu kultur, o którym wspomina producent? W końcu kompromis nie daje satysfakcji żadnej ze stron) nie jest do końca aż tak wielkim plusem, bo nie znalazłam niczego, co naprawdę przykułoby moją uwagę. Jedynie cienie mają ciekawe tłoczenie, które od razu skojarzyło mi się z Kiko. Zastanawia mnie ten o kolorze złotej oliwki i łososiowy, pozostałe dwa to nic szczególnego. Znając życie to największym powodzeniem będzie się cieszył rozświetlacz, ale na obecną chwilę jestem usatysfakcjonowana tym z Wild Craft. Nie wiem, co Cosnova ma z tymi różami w musie, bo nie wyróżniają się jakąś wybitną jakością wśród innych... I jeszcze ten kolor- jasny róż. Wątpię, żeby na kimkolwiek był widoczny. Pomadki wydają się bardzo interesujące, ze względu na obietnice producenta (żelowa konsystencja, kwas hialuronowy wygładzający usta i SPF 10), ale żaden kolor mi nie odpowiada. Tak samo jak eyeliner w pisaku, których po prostu nie lubię. Lakiery również nie powaliły mnie na kolana, choć dokładniej przyjrzę się topperowi (jak łatwo mnie kupić nazwą!). Znowu wpadły mi w oko sztuczne rzęsy, ale zawsze kończy się tak samo- pozachwycam się, ale i tak nie kupię. Przynajmniej tyle...
To tyle z mojego pełnego radości marudzenia :D. Jak oceniacie obydwie limitki?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...